Baśń o kinematografie.



Niby w dużym, tajemnym Faraona grobie,

Siedzę w ciemnej, marzennej lUusimu sali

Przedemną wizja życia, jak pożar, sic pali,

A ja na nie zdaleka przez łzy patrzę sobie

Niby Flegeton, rzeka baśniowa, płomienna,

Kipi w mroku obrazów czarodziejskich fala

I w nieznane, tajemne ujścia się przewala,

Taka wiecznie ruchoma, pałająca, zmienna

W jakimś dzikim, nerwowym, warjackim pośpiechu

Tłumem pchają się jedne za drugiemi sceny,

Niby błazny na piasku złocistym areny,

Gdy się biją po twarzach w błędnej furji śmiechu

Jak dżokeje w wyścigu, w bluz jedwabnych warku,

Jak sny wściekłe, obłędne sród gorączki białej,

Pędzą furji expressem orgji życia szały,

Niby dymny samochód na złamanie karku!

Bezmyślny taniec wizji!.. Ot, tenże samochód

Przez kotwicę balonu nagle wniebowzięty

Na pełnem morzu czarne, parowe okręty

Uśmiechniętych chińczyków pogrzebowy pochód

W księżycowej, zbrodniczej, przedmieściowej pustce*

Rozciągnięty tragicznie trup gacha pod murem

List fatalny pod lampy krwawym abażurem

Samobójcy trup siny, wiszący na chustce

Broczące krwią tragedje, dziwy niesłychane!

Matka siwa, w kochanku poznająca syna

Od rozkładu zielona, zabita hrabina

Zbir, jak mucha, na stromą drapiący się ścianę

Tysiąc dziwnych historji wyobraźnię mami

Czarne maski domina przyprawione brody

A śmierć piska na skrzypcach Człek „mruga oczami".

Niby strażnik przed hordą zbirów wojewody!

W krwi bengalskim, magicznym, demonicznym blasku,

Jak potępieńce, skaczą przebrzydłe maszkary

W ciemnej sali bez ruchu śni widzów tłum szary,

Przerażony, milczący Nie słychać oklasku!

Na miejscu drugorzędnem, w zapadłym gdzieś kącie,

Zkąd bardzo mało widać baśniowej tej hecy,

Gdyż scenę zasłaniają czyjeś duże plecy,

Człek wiruje, jak słomka, w dziwów kołomącie!

Wychudłe suchotniczo policzki go pieką,

Wzrok mu pała gorączką sensacji niezdrową

Surducina wytarty lśni w mroku widmowo

Na tle wizji baśniowych, co płomienną rzeką

Przewalają się dziko, obłędnie po scenie,

Niby malsztrom warjackich snów, wzajem się duszą,

Jakby dławiąc widownię rozkoszną katuszą

I ciskając jej w bladą twarz śmiechy byenie.,,

A on przez łzy to widzi, jak miraż daleki,

Konstatując ze smutnem pochyleniem krzyża,

Że już koniec baśniowej feerji się zbliża,

A tak chciałby, by trwała bez końca przez wieki

Siedzi melancholijnie w swem drewnianem karle,

Przed daleką podróżą, jak duch, co odchodzi

Jak Lohcngrin, przed śmiercią śni w łabędziej lodzi

Krwawa plama latarki1 tak błyszczy umarłe .

A tu przed nim kipiąca, senna wizja życia.

Niby boa, swą łuską tęczową się kłębi

A on biedny, nim zginie w czarnej śmierci głębi

Przez łzy patrzy na scenę ze swego ukrycia .